Hm.
Chyba nie w lutym.
Przywitały nas palmy ozdabiające lotnisko. Po podróży w samolocie, co prawda króciutkiej, półgodzinnej, za to z gorączką i bólem brzucha, que voy a vomitar, voy a vomitar! jakoś nawet palmy nie miały nie wiadomo jakiego uroku. Było późnawo, koło dziesiątej. Z lotniska odebrała nas recepcjonistka naszego hotelu, z którą On natychmiast rozpoczął rozmowę, natomiast ja, zmęczona po całym dniu podróży, oparłam głowę o szybę i zaczęłam przysypiać.
Hotel okazał się zimną, oddaloną od miasta dziurą. Nie miał ani ogrzewania, ani zbyt ciepłej wody, tylko jeden ręcznik i... używane szczoteczki do zębów. Zakopałam się po czubek głowy w pościeli, bez prysznica, zasypiając w przeciągu sekundy.
Następnego ranka przywitał nas... grad. Grad na Majorce! Jakim trzeba być szczęściarzem aby doświadczyć czegoś tak rzadkiego. Otworzyłam okno i wychyliłam głowę, moknąc, spoglądając na przejeżdżające dołem samochody i na wcale-nie-urocze, majaczące w oddali wzgórze. Kiedy stwierdziłam że mam dość tej przyjemności, spakowaliśmy się, wymknęliśmy z hotelu, złapaliśmy taxi i pojechaliśmy do centrum, przenosząc się do Saratogi.
Ogrzewanie, ciepła woda, sześć ręczników, barek, balkon i nawet kawałek basenu.
Gorący prysznic i śniadanie do łóżka.
Sí Señor!!!
Mallorca na szczęście rozmyśliła się w sprawach deszczu i było nie tylko coraz bardziej słonecznie, ale i coraz cieplej, w końcu zdjęłam i płaszcz, i sweter i rozkoszowałam się słońcem szczypiącym leciutko skórę.
Le Seu jest złocistą katedrą, byłym meczetem, której budowa trwała bite cztery wieki, od 1230 roku. Nie dość że jej budowa szła dość mozolnie, to gdy już była piękna i dopieszczona, w 1851 roku na Mallorcę zawitało trzęsienie ziemi, które ją uszkodziło. Na szczęście szybko uszkodzenia zostały naprawione i można ją podziwiać zasiadając plecami do morza, słuchając rozbijających się o brzeg fal. Jest zbudowana w stylu gotyckim, moim ukochanym.
Katedrze towarzyszy kawałek uroczego, mocno egzotycznego ogrodu, w którym zapewne rozkosznie jest się schować w upalne letnie popołudnia. My tymczasem uciekaliśmy w stronę słońca, niemniej zatrzymaliśmy się na moment żeby popodziwiać zaciszny urok zakątka, który natychmiast skojarzył mi się z "Księżniczką łabędzi".
Po spacerze brzegiem morza, wypiliśmy kawę obok katedry, mijając po drodze co najmniej trzy sklepy z wyrobami z pereł, które najwyraźniej są tutejszym skarbem. Ulice i bary były raczej pustawe, ludzie zapewne przyjeżdżają tu tłumnie w okolicach czerwca- lipca. Może na weekend majowy. Ale w środku lutego Majorka była opuszczona.
Do Baños Árabes poprowadziła nas nieco kręta droga sercem Starego Miasta. Wszystko jest tu blisko i najważniejsze zabytki, must see, jest w zasięgu krótkiego spaceru. Ogrody były urocze, choć niewielkie, same Baños jednak trochę zaniedbane (a czego sobie życzyć za 2 euro...) i nie robiące jakiegoś większego wrażenia. Kolejne miejsce o zapewne niebanalnym znaczeniu historycznym i kulturowym, niemniej jeśli chodzi o sam walor estetyczny, widziałam milion piękniejszych miejsc.
W naszej włóczędze po mieście natrafiliśmy na inne piękne miejsce. Choć zapewne mniej uczęszczane niż katedra czy morski brzeg, dla mnie znaczące milion razy więcej.
Cmentarz Zapomnianych Książek.
W drzwiach przywitał nas właściciel, Anglik z mocno brytyjskim akcentem, który widocznie nie znał ani slowa po hiszpańsku. Jego księgarnia miała cztery piętra (w dół) i była pełna wąskich schodków, małych pokoików z przygaszonych światłem, a przede wszystkim oczywiście książek, tysiące, tysiące książek, te bardziej i mniej popularne, te tańsze i droższe, uglinające się półki, a gdy nie starczało juz miejsca na półkach, książki leżały na podłodze, w kartonach, tysiące, tysiące, tysiące, wszędzie... W skórzanych oprawach, w kilkudziesięciu językach, Biblia po hebrajsku, kilkutomowa antologia europejskiej poezji, mapy i plany... miejsce, w którym pachniało przygodą. Mogłabym tam zamieszkać.
Robiło się późno i chcieliśmy zażyć nieco nocnego życia Palmy. Tak... Tylko ja nie lubię dyskotek. Teatr? Nie nie nie. Nie dość że grali TYLKO JEDNĄ SZTUKĘ (w całym mieście!!!), to była ona po katalońsku, a fabuła jakoś nie pociągała. Żadnego koncertu. Mallorka coraz mniej mi się podobała.
Poszliśmy więc do kina. Tak po prostu, tylko po hiszpańsku.
Wyszliśmy z kina (oboje!) z trzęsącymi się nogami. Złapaliśmy taksówkę do centrum i zaszliśmy do jakiejś włoskiej restauracji, znakomitej, cudownej. Menu składało się z sześciu dań. Puree z marchewki i paru innych warzyw było bardzo pikante, przepyszne. Talerz serów i wędlin, wszystkiego po troszku, pyszne. Potem jakiś ser stopiony z pomidorami plus zieleninka. Czwartego dania już nawet nie pamiętam. Piąte było, jak się okazalo, daniem głównym, penne z sosem pomidorowym, bardzo ostre. Zjadłam troszkę i podziękowałam grzecznie za następne danie. Zamiast tego dostaliśmy deser, tiramisu, najbardziej idealne tiramisu tego podłego świata.
I nie, nieważne że zjadłam tyle że potem rozbolał mnie brzuch i droga do hotelu była drogą przez mękę, podczas której zatrzymałam się (ale tylko raz!) pod jakąś bramą z niecnym zamiarem zwrócenia tych wszystkich pyszności.
I wcale nie jest ważne że w czterogwiazdkowym hotelu, wyposażonym w olbrzymie łóżko spałam na podłodze w łazience.
Tiramisu było idealne.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz