Po krótkiej nocy w hotelu pod Madrytem, zjedliśmy śniadanie w opustoszałej restauracji i wsiedliśmy do samochodu. Do Portugalii, ojczyzny Fado, korka i vinho do Porto. W drodze do Lizbony, lekko zmęczeni, zatrzymaliśmy się na moment w Èvorze, która okazała się senną mieściną, ozdobioną paroma pozostałościami po Rzymianach. Zatrzymaliśmy się tam tylko na moment, na kawę, i nie mieliśmy czasu zajść do najważniejszego z tutejszych zabytków. Obyło się bez czaszek i wybielałych kości. Uff.
Pierwsze spostrzeżenia po przekroczeniu granicy między dwoma krajami- brudno i śmierdzi papierosami. Èvora była o wiele mniej zadbana niż choćby równie rzymska Mérida. W restauracji, podczas gdy popijając kawę czekaliśmy na pizzę, pewien starszy dżentelmen nonszalancko wyciągnął paczkę fajek i zaczął palić, nie zwracając zbytniej uwagi na to, że może przeszkadzać siedzącym obok ludziom, którzy przecież jedli. Kelnerzy też jakoś przymknęli oko, choć palenie w miejscach publicznych jest tu przecież nielegalne. Siedzieliśmy dość daleko, więc na szczęście dało się jakoś wytrzymać wstrętny zapach. pobawiłam się trochę aparatem, starając się zrozumieć trochę lepiej jak funkcjonuje, skończyliśmy jeść, wypiliśmy kawę i po zrobieni sobie sweet zdjęcia przed Templo de Diana, ruszyliśmy w drogę ku oceanowi.
W końcu, koło południa dotarliśmy do Lizbony, która położona jest w kompletnie dzikim miejscu, na wzgórzach, co sprawia że ulice mają spadek który był dla mnie nie do pojęcia. Wspinanie się i późniejsze prawie- zbiegania po wąskich uliczkach to jedna z rzeczy przed którymi nie ucieknie się w tym mieście.
Lizbona to stolica, więc nosi w sobie wszystkie cechy europejskich stolic- rozrośnięta, kosmopolityczna, masa chińczyków z aparatami, objazdowy, czerwoniutki turystyczny autobus i milion hoteli.
Usiedliśmy przy rzece, która po kilku kilometrach wpadała już do oceanu. Delikatny szum wody, słońce lekko pięczące skórę, mimo raczej chłodnego dnia i cichy gwar miejscowych.
Wieczorem, po spacerze ulicami Bairro Alto, usiedliśmy a "A Brasileira", spoglądając na mijających nas ludzi. Mężczyźni są raczej przystojni, kobietom raczej czegoś brak, nie tylko urody, ale też jakiegoś uroku. Jest dużo ludzi młodych, z północy Europy. Lizbona z tej strony to miasto pełne energii i zachęcające do zostania tu na dłużej.
Wieczór spędziliśmy w pierwszej napotkanej restauracji, "Adega Machado". Nie mieliśmy pojęcia, co tam zastaniemy, ważne bylo tylko to że będą grali fado, które koniecznie, koniecznie chciałam usłyszeć.
Po zajęciu miejsca przy stoliku dostaliśmy caldo verde, ichnią ogórkową z jakimiś chwastami zamiast ogórków i średnio smaczną. Vinho rosa, delikatne i słodkie, przepyszne. Kiedy kelner przyniósł nam główne danie, bacalhao, w końcu pojawili się także fadistas. Trzech mężczyzn z gitarami, którzy usiedli o jeden stolik od nas, na specjalnie przygotowanych dla nich krzesłach. Gitary zabrzmiały czysto i pełnie, a głos... najpiękniejszy męski głos jaki słyszałam na koncercie. Kiedykolwiek.
Panie i Panowie, przed Państwem:
Panie i Panowie, przed Państwem:
Marco Rodrigues:
Pedro Moutinho:
Isabel de Noronha:
I cała trójka:

