wtorek, 5 lutego 2013

Bajando de montanas



Granada

 

 

     Upijam łyk pomarańczowego soku i zawieszam wzrok na barwach czerwonego wina kołyszącego się lekko w jego kieliszku. Paella mixta, z mięsem i owocami morza jest pyszna, aczkolwiek nie aż tak oryginalna jak bym się spodziewała. Ot, ryż nasiąknięty rosołem, wymieszany z kawałkami niezidentyfikowanego mięsa, krewetkami, małżami i skromnym rakiem, patrzącym na mnie smutno swoimi martwymi oczyma. Jakoś nie mogę się przyzwyczaić to popijania jedzenia winem. Albo jedno albo drugie. Dla mnie mocne, czerwone wino bardziej zabija smak potrawy niż go podkreśla, a mieszanki przypraw nie pozwalają w pełni cieszyć się bukietem wina. Więc sok, zachwycający, najlepszy pod słońcem, pomarańczowy, świeżo wyciśnięty. Taki, jaki kocham.


     

   Po obiedzie wychodzimy na spacer. Ale nie do cudownych pałaców, zachwycających teatrów ani starych katedr. Wchodzimy w dzielnicę żydowską, na wschodzie miasta, pełną małych, nieco zapuszczonych domków. Pachnie niespecjalnie, nie ma sklepów, a jedynym towarzystwem jest zapchlony, zalękniony kundel, który zresztą mija nas szybko i znowu zostajemy sami. Wspinamy się i schodzimy ze stromych, wąskich schodków, przemykamy między domami, rozmawiając cicho.


   On bierze mnie nagle w ramiona i całuje, po czym szepce "Spójrz co mam za plecami". Spomiędzy białych domów, ze wzgórza widać Alhambrę. Ogromną, przytłaczającą, monumentalną. Przyglądam jej się zachwycona, jest piękna, potężna. Wiele o niej napisano, wiele o niej powiedziano. Nie trzeba dodawać nic więcej. 



  Zatrzymujemy się i przyglądamy zachodowi słońca. Obok nas przystaje starszy pijaczek, cieszący się swym piwem. Nagle wyciąga z torby wielki, gruby szal (a może ponczo?) i chce nam go sprzedać. Lo he hecho yo, miralo, miralo! Pero miralo de lejos...
  Stamtąd wchodzimy w małe uliczki pełne sklepów, wąziutkie i przypominające o bliskości Afryki, wąskie i wypełnione po brzegi przyprawami, kolorowymi szalami, skórzanymi plecaczkami, kapciami i milionem innych drobiazgów.



  Schodzimy niżej, nad rzekę skąd rozkoszujemy się jeszcze przez moment widokiem na Alhambrę. Chłód powoli zaczyna szczypać moją nagą skórę i przypominać, że to przecież styczeń, jak tak można w środku zimy z krótkim rękawkiem. Zakładam Jego kurtkę i powoli zaczynamy się zbierać do odejścia. Spacerujemy jeszcze przez moment po centrum. Przyglądamy się wystawom i zaglądamy do kilku księgarni, w poszukiwaniu "Rimas y Leyendas" Bequera. Zatrzymujemy się na kawę w małej kawiarence, un cortado, que es un cortado? un cortado con que? y porque no con azucar? Joder, yo que se, sabes que no bebo cafe. Koniec końców sam sobie zamawia kawę, a ja proszę o cappuccino, podane z zachwycającą ilością bitej śmietany.


  Idziemy do centrum handlowego, gdzie również nie maja "Rimas y Leyendas", potem do spożywczego, który, oczywiście, obsługuje jakiś chińczyk. Z trudem odrywając się od małego telewizorka, w którym leciał właśnie teleturniej, podlicza nam kiwi i parę innych drobiazgów. Ale kiwi przede wszystkim. Kiwi jest najważniejsze. Jest sensem całego tego wyjazdu. Wsiadamy do samochodu i powoli wytaczamy się z miasta pachnącego owocami morza, nieco chłodnym górskim wiatrem, orientem i wolnością.



 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz