Paryż
Przechadzam się jego ulicami, wąskimi, oblanymi jesiennym słońcem,
którym napawam się rozpaczliwie tuż przed powrotem. Tuz przed ucieczką w
rzeczywistość.
Tuż przed zrezygnowaniem ze wszystkiego.
Tuż przed końcem.
Zostawiam za sobą namiętną noc i powoli wdycham powietrze, jakieś
inne... Jakoś inaczej wypełnia płuca... A może to tylko ja? Może się
zmieniam? A może to po prostu to miasto... Wchłania mnie w siebie i
staję się jego częścią, gubiąc się po drodze, zatracając, w
nieprzystojnych kabaretach, w chłodnym szampanie, cienkich pończochach i
nieprzespanych nocach... Miasto pochłania mnie i rozkochuje w sobie,
bezczelnie, nie zwracając uwagi na to, że nie mogę, że zaraz wracam, że
ja tylko na chwilę... Kocha namiętnie i do bólu a potem zostawia. Jak
On. A może to ja uciekam...
Zakochałam się. W odrobinach słońca w Sekwanie, mieszance kolorów i książkach za 20 centów.
I we wspomnieniach.


