sobota, 9 marca 2013

A Patria do Fado

   Po krótkiej nocy w hotelu pod Madrytem, zjedliśmy śniadanie w opustoszałej restauracji i wsiedliśmy do samochodu. Do Portugalii, ojczyzny Fado, korka i vinho do Porto. W drodze do Lizbony, lekko zmęczeni, zatrzymaliśmy się na moment w Èvorze, która okazała się senną mieściną, ozdobioną paroma pozostałościami po Rzymianach. Zatrzymaliśmy się tam tylko na moment, na kawę, i nie mieliśmy czasu zajść do najważniejszego z tutejszych zabytków. Obyło się bez czaszek i wybielałych kości. Uff.



  Pierwsze spostrzeżenia po przekroczeniu granicy między dwoma krajami- brudno i śmierdzi papierosami. Èvora była o wiele mniej zadbana niż choćby równie rzymska Mérida. W restauracji, podczas gdy popijając kawę czekaliśmy na pizzę, pewien starszy dżentelmen nonszalancko wyciągnął paczkę fajek i zaczął palić, nie zwracając zbytniej uwagi na to, że może przeszkadzać siedzącym obok ludziom, którzy przecież jedli. Kelnerzy też jakoś przymknęli oko, choć palenie w miejscach publicznych jest tu przecież nielegalne. Siedzieliśmy dość daleko, więc na szczęście dało się jakoś wytrzymać wstrętny zapach. pobawiłam się trochę aparatem, starając się zrozumieć trochę lepiej jak funkcjonuje, skończyliśmy jeść, wypiliśmy kawę i po zrobieni sobie sweet zdjęcia przed Templo de Diana, ruszyliśmy w drogę ku oceanowi.













   W końcu, koło południa dotarliśmy do Lizbony, która położona jest w kompletnie dzikim miejscu, na wzgórzach, co sprawia że ulice mają spadek który był dla mnie nie do pojęcia. Wspinanie się i późniejsze prawie- zbiegania po wąskich uliczkach to jedna z rzeczy przed którymi nie ucieknie się w tym mieście.
Lizbona to stolica, więc nosi w sobie wszystkie cechy europejskich stolic- rozrośnięta, kosmopolityczna, masa chińczyków z aparatami, objazdowy, czerwoniutki turystyczny autobus i milion hoteli. 
   Usiedliśmy przy rzece, która po kilku kilometrach wpadała już do oceanu. Delikatny szum wody, słońce lekko pięczące skórę, mimo raczej chłodnego dnia i cichy gwar miejscowych.


   Wieczorem, po spacerze ulicami Bairro Alto, usiedliśmy a "A Brasileira", spoglądając na mijających nas ludzi. Mężczyźni są raczej przystojni, kobietom raczej czegoś brak, nie tylko urody, ale też jakiegoś uroku. Jest dużo ludzi młodych, z północy Europy. Lizbona z tej strony to miasto pełne energii i zachęcające do zostania tu na dłużej.



   Wieczór spędziliśmy w pierwszej napotkanej restauracji, "Adega Machado". Nie mieliśmy pojęcia, co tam zastaniemy, ważne bylo tylko to że będą grali fado, które koniecznie, koniecznie chciałam usłyszeć.
   Po zajęciu miejsca przy stoliku dostaliśmy caldo verde, ichnią ogórkową z jakimiś chwastami zamiast ogórków i średnio smaczną. Vinho rosa, delikatne i słodkie, przepyszne. Kiedy kelner przyniósł nam główne danie, bacalhao, w końcu pojawili się także fadistas. Trzech mężczyzn z gitarami, którzy usiedli o jeden stolik od nas, na specjalnie przygotowanych dla nich krzesłach. Gitary zabrzmiały czysto i pełnie, a głos... najpiękniejszy męski głos jaki słyszałam na koncercie. Kiedykolwiek.
Panie i Panowie, przed Państwem:

Marco Rodrigues:

 


Pedro Moutinho:
Isabel de Noronha:


I cała trójka:

wtorek, 26 lutego 2013

La isla de flores



Palma de Mallorca powinna być pełna kwiatów, słońca, pięknych kobiet w krótkich spódniczkach i opalonych mężczyzn włóczących się po mieście bez koszulek, wysportowanych i rozkosznie umięśnionych.
Hm.
Chyba nie w lutym.
Przywitały nas palmy ozdabiające lotnisko. Po podróży w samolocie, co prawda króciutkiej, półgodzinnej, za to z gorączką i bólem brzucha, que voy a vomitar, voy a vomitar! jakoś nawet palmy nie miały nie wiadomo jakiego uroku. Było późnawo, koło dziesiątej. Z lotniska odebrała nas recepcjonistka naszego hotelu, z którą On natychmiast rozpoczął rozmowę, natomiast ja, zmęczona po całym dniu podróży, oparłam głowę o szybę i zaczęłam przysypiać.


Hotel okazał się zimną, oddaloną od miasta dziurą. Nie miał ani ogrzewania, ani zbyt ciepłej wody, tylko jeden ręcznik i... używane szczoteczki do zębów. Zakopałam się po czubek głowy w pościeli, bez prysznica, zasypiając w przeciągu sekundy. 
Następnego ranka przywitał nas... grad. Grad na Majorce! Jakim trzeba być szczęściarzem aby doświadczyć czegoś tak rzadkiego. Otworzyłam okno i wychyliłam głowę, moknąc, spoglądając na przejeżdżające dołem samochody i na wcale-nie-urocze, majaczące w oddali wzgórze. Kiedy stwierdziłam że mam dość tej przyjemności, spakowaliśmy się, wymknęliśmy z hotelu, złapaliśmy taxi i pojechaliśmy do centrum, przenosząc się do Saratogi. 
Ogrzewanie, ciepła woda, sześć ręczników, barek, balkon i nawet kawałek basenu.
Gorący prysznic i śniadanie do łóżka.
Sí Señor!!!



Mallorca na szczęście rozmyśliła się w sprawach deszczu i było nie tylko coraz bardziej słonecznie, ale i coraz cieplej, w końcu zdjęłam i płaszcz, i sweter i rozkoszowałam się słońcem szczypiącym leciutko skórę.




Le Seu jest złocistą katedrą, byłym meczetem, której budowa trwała bite cztery wieki, od 1230 roku. Nie dość że jej budowa szła dość mozolnie, to gdy już była piękna i dopieszczona, w 1851 roku na Mallorcę zawitało trzęsienie ziemi, które ją uszkodziło. Na szczęście szybko uszkodzenia zostały naprawione i można ją podziwiać zasiadając plecami do morza, słuchając rozbijających się o brzeg fal. Jest zbudowana w stylu gotyckim, moim ukochanym.


Katedrze towarzyszy kawałek uroczego, mocno egzotycznego ogrodu, w którym zapewne rozkosznie jest się schować w upalne letnie popołudnia. My tymczasem uciekaliśmy w stronę słońca, niemniej zatrzymaliśmy się na moment żeby popodziwiać zaciszny urok zakątka, który natychmiast skojarzył mi się z "Księżniczką łabędzi".


Po spacerze brzegiem morza, wypiliśmy kawę obok katedry, mijając po drodze co najmniej trzy sklepy z wyrobami z pereł, które najwyraźniej są tutejszym skarbem. Ulice i bary były raczej pustawe, ludzie zapewne przyjeżdżają tu tłumnie w okolicach czerwca- lipca. Może na weekend majowy. Ale w środku lutego Majorka była opuszczona.















Do Baños Árabes poprowadziła nas nieco kręta droga sercem Starego Miasta. Wszystko jest tu blisko i najważniejsze zabytki, must see, jest w zasięgu krótkiego spaceru. Ogrody były urocze, choć niewielkie, same Baños jednak trochę zaniedbane (a czego sobie życzyć za 2 euro...) i nie robiące jakiegoś większego wrażenia. Kolejne miejsce o zapewne niebanalnym znaczeniu historycznym i kulturowym, niemniej jeśli chodzi o sam walor estetyczny, widziałam milion piękniejszych miejsc.





W naszej włóczędze po mieście natrafiliśmy na inne piękne miejsce. Choć zapewne mniej uczęszczane niż katedra czy morski brzeg, dla mnie znaczące milion razy więcej.
Cmentarz Zapomnianych Książek.
W drzwiach przywitał nas właściciel, Anglik z mocno brytyjskim akcentem, który widocznie nie znał ani slowa po hiszpańsku. Jego księgarnia miała cztery piętra (w dół) i była pełna wąskich schodków, małych pokoików z przygaszonych światłem, a przede wszystkim oczywiście książek, tysiące, tysiące książek, te bardziej i mniej popularne, te tańsze i droższe, uglinające się półki, a gdy nie starczało juz miejsca na półkach, książki leżały na podłodze, w kartonach, tysiące, tysiące, tysiące, wszędzie... W skórzanych oprawach, w kilkudziesięciu językach, Biblia po hebrajsku, kilkutomowa antologia europejskiej poezji, mapy i plany... miejsce, w którym pachniało przygodą. Mogłabym tam zamieszkać.





Robiło się późno i chcieliśmy zażyć nieco nocnego życia Palmy. Tak... Tylko ja nie lubię dyskotek. Teatr? Nie nie nie. Nie dość że grali TYLKO JEDNĄ SZTUKĘ (w całym mieście!!!), to była ona po katalońsku, a fabuła jakoś nie pociągała. Żadnego koncertu. Mallorka coraz mniej mi się podobała.
Poszliśmy więc do kina. Tak po prostu, tylko po hiszpańsku. 

"Mamá" to horror Guillermo de Toro. Niby nic, niby wszystko już było, ale fakt faktem, część obejrzałam odwracając się od ekranu, wbijając pazury w Jego ramię i szepcąc, "co się tam dzieje, mogę się już odwrócić, mogę mogę?"

 

 Wyszliśmy z kina (oboje!) z trzęsącymi się nogami. Złapaliśmy taksówkę do centrum i zaszliśmy do jakiejś włoskiej restauracji, znakomitej, cudownej. Menu składało się z sześciu dań. Puree z marchewki i paru innych warzyw było bardzo pikante, przepyszne. Talerz serów i wędlin, wszystkiego po troszku, pyszne. Potem jakiś ser stopiony z pomidorami plus zieleninka. Czwartego dania już nawet nie pamiętam. Piąte było, jak się okazalo, daniem głównym, penne z sosem pomidorowym, bardzo ostre. Zjadłam troszkę i podziękowałam grzecznie za następne danie. Zamiast tego dostaliśmy deser, tiramisu, najbardziej idealne tiramisu tego podłego świata.
I nie, nieważne że zjadłam tyle że potem rozbolał mnie brzuch i droga do hotelu była drogą przez mękę, podczas której zatrzymałam się (ale tylko raz!) pod jakąś bramą z niecnym zamiarem zwrócenia tych wszystkich pyszności. 
I wcale nie jest ważne że w czterogwiazdkowym hotelu, wyposażonym w olbrzymie łóżko spałam na podłodze w łazience.
Tiramisu było idealne.





sobota, 23 lutego 2013

Zatopieni w śnie(gu)



El castillo de los Reyes Magos


Pierwsze momenty na nartach, trzęsące się, strasznie trzęsące się nogi, i okropna niepewność.
El puto argentino potrącony przy zjeździe, łapiący za gardło strach przed tym, czego zupełnie nie należało się bać i kompletny brak przed tym, co na strach zasługiwało. Przerażenie przed głupim zjazdem po śniegu, po którym przecież narty mknęły tak łatwo, i kompletna ignorancja kolejnego rozstania, kolejnego bólu, za każdym razem coraz większego, za każdym razem coraz cięższego. 
Sylwester, 2 stycznia w południe, w towarzystwie nagrania sylwestrowego bicia zegara z zeszłego roku. 
12 uvas, słodkich i dużych, który cały poprzedni dzień nosiłam ze sobą po Sevilli w moim czerwonym plecaczku i które jakoś oparły się słońcu i przetrwały.
Śniadania z tostów z pasztetem, winogrona, kiwi i sok pomarańczowy.
Kolacje z butelki piwa i kieliszka wina, przy "Dziewczynie o perłowych włosach", słuchanej przy zgaszonym świetle i zasłoniętych oknach, w ciemności, słuchając sercem.
Noce pokryte śniegiem, wiatr huczący na zewnątrz i skromne łóżko, które chroniło nas przed całą resztą świata, który wcale, ale to wcale nie rozumie.
I dużo, duzo książek,
I więcej, więcej pocałunków.
I milion, milion spojrzeń.
I jeden telefon ze łzami w oczach. 
I noc.
I sen.
I jego brak.
I prezenty owinięte w niebieski papier z Toy Story, wcale nie dla mnie, dla kogoś ważniejszego.
I tani, samoty hostel w samotnej Sevilli, samotny poranek i samotny samolot w nieodpowiednim kierunku.
A przez szybę wcale nie było widać gór...









Los primeros momentos en los esquies, las piernas temblandose, temblandose fuerte y mucha incertidumbre.
El puto argentino atropellado durante la bajada, el  miedo de las cosas cuales no debería temer y falta de él antes de las cosas que mercían que las temese. El pavor ante de una tonta bajada en la nieve, en cual los esquís movían tan facilmente, y la ignorancia de otra despedida, otro dolor, cada vez más grande, cada vez más grave.
La Noche Vieja, 2 de enero en mediodia, con el video de toque de reloj de año anterior.
12 uvas, dulces y grandes, cuales todo el día anterior llevaba conmigo en Sevilla, en mi mochila roja y cuales, en alguna manera han soportado el calor y no se han estropellado.
Los desayunos de tostadas con paté, las uvas, los kiwis y el zumo de naranja.
Las cenas de botella de cerveza y copa de vino, con la ¨Chica con el pelo de perla¨, escuchada con la luz apagada y las percianas cerradas, en oscuridad, escuchando con corazón.
Las noches cubiertas por nieve, el viento haciendo ruido fuera y una cama pequeña, que nos protejia del resto del mundo, que ni un poco, ni un poco nos entiende.
Y muchos, muchos libros.
Y más, más besos.
Y millóm, millón de miradas.
Y una llamada con lagrimas en los ojos.
Y noche.
Y sueño.
Y falta de este.
Y los regalos envolvidos en el papel azul con el diseño de Toy Story, que no son para mi, pero para alguien más importante.
Y un hostal barato y solitario en Sevilla solitaria, una mañana solitaria y un avión solitario en el rumbo errado.
Por la ventana no se veía las montañas...


wtorek, 5 lutego 2013

Bajando de montanas



Granada

 

 

     Upijam łyk pomarańczowego soku i zawieszam wzrok na barwach czerwonego wina kołyszącego się lekko w jego kieliszku. Paella mixta, z mięsem i owocami morza jest pyszna, aczkolwiek nie aż tak oryginalna jak bym się spodziewała. Ot, ryż nasiąknięty rosołem, wymieszany z kawałkami niezidentyfikowanego mięsa, krewetkami, małżami i skromnym rakiem, patrzącym na mnie smutno swoimi martwymi oczyma. Jakoś nie mogę się przyzwyczaić to popijania jedzenia winem. Albo jedno albo drugie. Dla mnie mocne, czerwone wino bardziej zabija smak potrawy niż go podkreśla, a mieszanki przypraw nie pozwalają w pełni cieszyć się bukietem wina. Więc sok, zachwycający, najlepszy pod słońcem, pomarańczowy, świeżo wyciśnięty. Taki, jaki kocham.


     

   Po obiedzie wychodzimy na spacer. Ale nie do cudownych pałaców, zachwycających teatrów ani starych katedr. Wchodzimy w dzielnicę żydowską, na wschodzie miasta, pełną małych, nieco zapuszczonych domków. Pachnie niespecjalnie, nie ma sklepów, a jedynym towarzystwem jest zapchlony, zalękniony kundel, który zresztą mija nas szybko i znowu zostajemy sami. Wspinamy się i schodzimy ze stromych, wąskich schodków, przemykamy między domami, rozmawiając cicho.


   On bierze mnie nagle w ramiona i całuje, po czym szepce "Spójrz co mam za plecami". Spomiędzy białych domów, ze wzgórza widać Alhambrę. Ogromną, przytłaczającą, monumentalną. Przyglądam jej się zachwycona, jest piękna, potężna. Wiele o niej napisano, wiele o niej powiedziano. Nie trzeba dodawać nic więcej. 



  Zatrzymujemy się i przyglądamy zachodowi słońca. Obok nas przystaje starszy pijaczek, cieszący się swym piwem. Nagle wyciąga z torby wielki, gruby szal (a może ponczo?) i chce nam go sprzedać. Lo he hecho yo, miralo, miralo! Pero miralo de lejos...
  Stamtąd wchodzimy w małe uliczki pełne sklepów, wąziutkie i przypominające o bliskości Afryki, wąskie i wypełnione po brzegi przyprawami, kolorowymi szalami, skórzanymi plecaczkami, kapciami i milionem innych drobiazgów.



  Schodzimy niżej, nad rzekę skąd rozkoszujemy się jeszcze przez moment widokiem na Alhambrę. Chłód powoli zaczyna szczypać moją nagą skórę i przypominać, że to przecież styczeń, jak tak można w środku zimy z krótkim rękawkiem. Zakładam Jego kurtkę i powoli zaczynamy się zbierać do odejścia. Spacerujemy jeszcze przez moment po centrum. Przyglądamy się wystawom i zaglądamy do kilku księgarni, w poszukiwaniu "Rimas y Leyendas" Bequera. Zatrzymujemy się na kawę w małej kawiarence, un cortado, que es un cortado? un cortado con que? y porque no con azucar? Joder, yo que se, sabes que no bebo cafe. Koniec końców sam sobie zamawia kawę, a ja proszę o cappuccino, podane z zachwycającą ilością bitej śmietany.


  Idziemy do centrum handlowego, gdzie również nie maja "Rimas y Leyendas", potem do spożywczego, który, oczywiście, obsługuje jakiś chińczyk. Z trudem odrywając się od małego telewizorka, w którym leciał właśnie teleturniej, podlicza nam kiwi i parę innych drobiazgów. Ale kiwi przede wszystkim. Kiwi jest najważniejsze. Jest sensem całego tego wyjazdu. Wsiadamy do samochodu i powoli wytaczamy się z miasta pachnącego owocami morza, nieco chłodnym górskim wiatrem, orientem i wolnością.